Ulubiona potrawa większość dzieci, a i dorośli nie pogardzą. Tymczasem od lat słyszymy, że parówki to samo zło, bo nie ma w nich mięsa, za to jest mnóstwo chemii i tłuszczu. Jak jest naprawdę i czy musimy odebrać dzieciom parówkowy smak dzieciństwa?

Niestety większość parówek obecnych na rynku faktycznie lepiej omijać z daleka. Robi się je z tzw. MOM (mięso oddzielane mechanicznie), czyli tego, co zostaje po zdjęciu mięsa z kości, a więc z tłuszczu, skór i śladowych ilości mięsa. Do tego producenci dodają pazury, zmielone korpusy, wymiona, skóry i całą chemię (konserwanty, stabilizatory, przeciwutleniacze, fosforany itd.). Może zebrać się na mdłości… Takich wyrobów zdecydowanie nie należy podawać dzieciom. Powinny się ich wystrzegać również kobiety w ciąży, osoby starsze i te borykające się z nadwagą.

Jednak należy zwrócić uwagę, że nie wszystkie parówki mają właśnie taki skład, a wręcz coraz więcej nie ma. Można już dostać w sklepach parówki, które mają ponad 90% mięsa w składzie i nie zawierają całej tablicy Mendelejewa. Trzeba tylko czytać etykiety (znów!!!) i sięgnąć głębiej do portfela, gdyż z oczywistych względów takie produkty kosztują odpowiednio więcej.

Tak więc można zjeść czasem parówkę, a także podać ją dziecku na śniadanie, ale tylko taką, która ma min. 70% mięsa w składzie, a oprócz niego przyprawy i wodę zamiast chemicznych substancji. Zdecydowanie nie może też kosztować mniej niż 10 zł za kilogram.