Pamiętasz z dzieciństwa, jak jedzeniem nagradzano Cię za wszystkie sukcesy i jak pocieszano batonikiem, kiedy dopadała Cię chandra? Jeśli dziś cierpisz na otyłość, a Twoje samopoczucie jest uzależnione od kaprysów Twojego żołądka, właśnie odkryłeś winowajcę – emocjonalne jedzenie.

otyle420f

Niemal każdy zna to uczucie, kiedy zaledwie godzinę po obiedzie znów jesteśmy głodni od samego patrzenia na wystawę cukierni. Zarówno głód, jak i apetyt są regulatorami przyjmowania jedzenia. Głód to stan, w którym nasz organizm domaga się pożywienia dla prawidłowego funkcjonowania i rozwoju. Apetyt to alarm zmysłów, który mózg może oszukać. Okazuje się, że odczuwanie apetytu może być nawykowe. Chęć jedzenia może być wyuczoną reakcją na stres. Wówczas problem polega na tym, że kiedy jesteśmy zdenerwowani, zamiast identyfikować to uczucie ze stresem, mylimy je z głodem. W ten sam sposób „zajadać” można również lęk. Skąd się to bierze? To proste. Jeśli w dzieciństwie na każdy smutek, babcia podsuwała nam coś słodkiego, po prostu – nie mogło być inaczej. To w najmłodszych latach uczymy się rozpoznawać uczucia i radzić sobie z nimi. Mechanizm ten jest nazywany „fałszywym głodem”.

Jedzenie może być wielką przyjemnością. Ci, którzy zajadają trudne stany emocjonalne teoretycznie powinni wiedzieć o tym najlepiej – im jedzenie sprawia emocjonalną ulgę. Ale tylko na chwilę i do następnej sytuacji stresowej. Zdrowe rozkoszowanie się jedzeniem polega m.in. na tym, że znamy umiar. Przyjemnie jest usiąść razem do stołu, w naszej kulturze przyjęło się, że życie rodzinne właśnie wokół stołu się kręci. Nie ma w tym nic złego, o ile nie ma w tym przesady. Jedzenie, tak jak alkohol, nie powinno towarzyszyć nam na każdym kroku, kiedy jest okazja, by świętować. A przynajmniej nie jako obiad z trzech dań. Jedzenie nie powinno być również nagrodą ani towarem deficytowym. Jeśli tak jest, łatwo o powiązanie odżywiania z emocjami, a to może być początkiem poważnych problemów.

Emocjonalne jedzenie to problem większości osób otyłych – dotyczy 60-90 proc. W skrócie EE (z ang. emotional eating) polega na sięganiu do lodówki za każdym razem, kiedy poczujemy się niekomfortowo. Powodów może być wiele: nuda, obniżony nastrój, zmęczenie, doświadczanie bólu, napięcia czy strachu. Im bardziej przykre emocje przeżywamy, tym bardziej jesteśmy głodni. Największą potrzebę jedzenia generuje gniew oraz silny strach. Co ciekawe, badania wykazują, że osoby mające problem z emocjonalnym jedzeniem, kiedy są radośni również odczuwają silny głód, ale… wówczas sięgają po zdrowe produkty! Zatem na smuteczki słodkości, słone przekąski i fast foody, a na radości – warzywa i owoce.

Zajadanie emocji to ten sam mechanizm, co w przypadku każdego uzależnienia – system regulowania uczuć. Nie jest to jednak stan tożsamy z uzależnieniem. To okoliczności sprzyjające przejadaniu się, utracie kontroli nad ilością przyjmowanego jedzenia oraz nad jedzeniem w ogóle. Jeśli jednak zaniedbamy symptomy emocjonalnego jedzenia, może być naprawdę źle. Emocjonalne jedzenie może doprowadzić nas nie tylko do otyłości, ale do nałogowego objadania się. Jego objawy w ICD-10 to:

  • poczucie przymusu jedzenia (trudność powstrzymania się od jedzenia produktów wysokokalorycznych),
  • upośledzona kontrola nad zachowaniem jedzeniowym (objawia się tym, że trudno nam skończyć posiłek, ustalić ilość spożywanego jedzenia),
  • objawy abstynencyjne podczas prób ograniczania jedzenia (lęki, rozdrażnienie, depresja, silny głód, bóle żołądka),
  • zwiększanie się toleracji (większa częstotliwość napadów żarłocznych, większa ilość zjadanego jednorazowo jedzenia),
  • koncentracja na czynnościach jedzeniowych kosztem innych działań (gromadzenie zapasów, planowanie posiłków, ciągłe rozmyślanie o jedzeniu)
  • kontynuowanie jedzeniowych zachowań mimo szkodliwych następstw (nadmierne jedzenie mimo otyłości, problemów somatycznych oraz psychicznych).

W dzisiejszych czasach je się niedbale, w pośpiechu, czasem tylko raz lub dwa razy w ciągu dnia. Paradoksalnie, to nie chroni nas ani przed nadwagą, ani przed emocjonalnym jedzeniem. Dlaczego? Bo kiedy jemy i nie mamy czasu, jemy byle co (tyjemy), a kiedy jemy i w końcu mamy na to czas, nadrabiamy (tyjemy plus z jedzenia czynimy nagrodę). Okazuje się, że pięć posiłków dziennie to nie wymysł dietetyków. To także potrzeba ducha!